niedziela, 24 lipca 2016

Płyty od matadora (Ceremony, „The L-Shaped Man”)

Mirosław Krzysztofek

("Projektor" - 4/2015)

Kalifornijska grupa Ceremony powstała 10 lat temu. Na początku działalności kojarzona z muzyką hardcore punk podobnie jak The Dillinger Escape Plan czy Black Flag.
Stopniowo z upływem lat ich granie stawało się coraz bardziej nowofalowe. Wygląda na to, że jakaś magiczna siła pchała Ceremony w stronę muzyki zespołu Joy Division. Echa tej kultowej grupy słychać już po pierwszych dźwiękach najnowszej płyty Ceremony „The L-Shaped Man”. Przemiana nastąpiła trzy lata wcześniej, gdy grupa zmieniła wytwórnię płytową na Matador Records. 
Wydana w 2012 r. płyta „Zoo” stworzona pod wyraźnym wpływem brytyjskiej nowej fali nie była specjalnie odkrywcza, zawierała jednak zapowiedź dalszego rozwoju zespołu, który z powodzeniem poszedł ścieżką wytyczoną 35 lat temu przez Iana Curtisa i jego kolegów. Ross Farrar brzmi chwilami jak reinkarnacja Iana Curtisa. Wbrew pozorom te porównania wcale nie świadczą źle o grupie Ceremony. Dobrze im w tym nowofalowym przebraniu i wcale nie brzmią fałszywie. 
Czas trwania płyty zgodnie z obowiązującą modą nie przekracza 40 minut. Ani przez chwilę nie są to minuty stracone. Brzmienie grupy jest równie surowe, jak okładka płyty. Kompozycje są intrygujące i mroczne. Dużo tu ładnych melodii i melancholii, która nie wydaje się sztuczna. Posłuchajcie basu w utworze Exit Fears. Lata osiemdziesiąte ciągle rządzą. I nie mam na myśli plastikowego new romantic.
Ceremony, „The L-Shaped Man”, Matador Records, 2015.