czwartek, 24 listopada 2016

Siedem znaczeń tekstu (Toposy i symbole nurtu muzyki gotyckiej)

Emmanuella Robak
("Projektor" - 5/2016)
Symbolika i motywy poetyckie w twórczości zespołów gotyckich (i okołogotyckich) prowokują tak szeroki wachlarz możliwości interpretacyjnych, iż trudno w krótkim streszczeniu przedstawić całą gamę kolorów i odcieni, które tworzą ten świat słów. W stereotypowym odbiorze pokutuje przekonanie, że dotykają one jedynie „ciemnej” strony życia. Dekadencja, katastrofizm, ponury egzystencjalizm, są tematami, które pojawiają się oczywiście w tekstach utworów z tego nurtu, ale o śmierci, ułudzie, nicości, marności tego świata, przemijaniu, ulotności czy pustce, mówimy na wiele sposobów.

Na liście najpopularniejszych motywów, można bez wahania umieścić: miłość, która bywa wielowymiarowa, spełniona i niemożliwa; samotność i związane z nią cierpienie; odwagę i poświęcenie, dzięki którym człowiek może poczuć się spełniony; indywidualizm jako cechę pożądaną i unikatową w zuniformizowanym świecie. Z motywami poetyckimi łączy się bardzo wyrazista symbolika – światło (w różnych odmianach metaforycznych), słońce – wskazujące drogę albo wyznaczające kres cierpienia. Wiara – zarówno we własne możliwości, dzięki którym można pokonać wszelkie przeciwności losu, jak i wiara w drugiego człowieka. Niech jednak przemówią teksty, bo tylko one potwierdzić mogą moje słowa.

Miłość

Bywa wieczna: zmieniłem swoje życie,/ wyprowadziłem się tam,/ gdzie woda jest czysta,/ gdzie otacza mnie szeroka kraina,/ a powietrze jest świeże,/ ale moje uczucia są wciąż z Tobą („Where are You” Deine Lakaien), wymagająca: czy jeśli usłyszysz moje wołanie/ – będziesz przy mnie?/ A jeśli zobaczysz, że upadam/ – będziesz przy mnie? („Return” Deine Lakaien), ale bywa też spełnieniem: ilekroć jestem z tobą sam na sam,/ sprawiasz, że czuję się jakbym znów był w domu,/ ilekroć jestem z tobą sam na sam,/ sprawiasz, że czuję się jakbym znów był kompletny („Lovesong” The Cure). 

Z miłością łączy się – i to dość często – motyw poświęcenia, odrzucenia własnego szczęścia, dla szczęścia innej osoby: opuszczam dziś twoje serce,/ twoją bliskość, twoje łzy,/ opuszczam wszystko co mam,/ rozkazuję twemu sercu dzisiaj żyć w wolności i kochać,/ przynoszę ci spokój, bo cię kocham! („Ich Verlasse Heut' dein Herz” Lacrimosa). Miłość to również rozczarowanie i cierpienie: moje serce waży co najmniej tonę,/ czuję jakby cała armia kopała mnie po głowie,/ może obudzę się pewnego dnia by stwierdzić,/ że całe moje życie było tylko snem./ I może będzie mi lepiej bez ciebie,/ choć zostawiłaś mnie tutaj, ze wszystkimi moimi myślami („She and Her Darkness”, Diary of Dreams).

Samotność
Przybiera wiele odcieni. Samotność może być efektem doświadczeń z przeszłości, przyczyną metamorfozy: pozostanę nietykalny,/ głuchy i nieosiągalny niczym obłoki./ Ty mnie do tego doprowadziłaś./ Ty sprawiłaś, że musiałem/ się zmienić/ i nigdy już z tej ścieżki nie zawrócę („Said but true”, Diorama). Samotność prowokuje, rodzi wątpliwości, czy kiedykolwiek uda się odnaleźć tę bratnią duszę. A jeśli tak, to w jednym z tekstów pada znaczące pytanie: powiedz mi, skąd przychodzisz/ i jaka jest za to cena? („The colors of grey”, Diary of Dreams).
Człowiek
Jednostka w (często wrogim) świecie i w tłumie, który pragnie ją wchłonąć, nie zostawiając miejsca na indywidualizm. Świat bywa złudny, próbuje nas zmieniać, byśmy mogli przystosować się do ogółu: masz czasami chęć bycia kimś innym,/ jest to uczucie, którego nie znasz,/ i nie jest to smutek,/ nie jest to radość/, ale pamiętaj świat to tylko iluzja,/ która próbuje cię zmienić („Illusion” VNV Nation). Teksty zespołów z szerokiego nurtu goth, podkreślają indywidualizm, upatrując w nim najważniejszą cechę człowieczeństwa.
 


Czas
W wielu tekstach napotkamy problemy egzystencjalne. Czas symbolizujący ulotność życia: czas jest jak pocisk,/ który leci od tyłu,/ szukam przed nim schronienia,/ tak samo jak ty,/ czas jest woda w moich dłoniach (…) jest tylko iluzją naszych umysłów,/ ja przetrwam, tak samo jak ty („Bullet” Covenant). Czas (upływający) jako symbol wiecznej walki z przeciwieństwami: chodź! nie ma nocy zbyt ciemniej,/ nie ma drogi zbyt długiej,/ biegnij! nie ma zbyt silnego deszczu,/ nie ma zbyt silnego wiatru,/ módl się! żadna krew nie jest zbyt czerwona,/ żadna rana zbyt głęboka (…) miej wiarę!/ bo chcę żyć według mojego przeznaczenia,/ uzdrów! moją tęsknotę za wiecznością („Seven Lives”, In Strict Confidence).

Przewodnik
Teksty okołogotyckie przywołują również topos przewodnika, symbolicznej ręki, która poprowadzi nas przez ten świat pełen wątpliwości: jak długo byłeś wolny/ w tym świecie nienawiści i zawiści?/ Czy to jest czarne?/ A może białe?/ Znajdźmy kolejny kompromis./ A nasza przyszłość wciąż stoi w miejscu/ (…) gdzie jest ktoś kto mnie poprowadzi?/ Wciąż czekam!/ A Bóg jest po twojej stronie,/ rozdziela historię od teraźniejszości,/ cały czas się przygląda,/ rozdziela głuchych od tych, którzy słuchają/ ( „The sparrows and the Nightingales”, Wolfsheim). 

Czasami takim przewodnikiem będzie człowiek, czasami ujęcie przewodnika jest bardziej metaforyczne, bowiem stanowi go światło, wskazujące albo odpowiednią ścieżkę albo oznaczające kres cierpienia, wątpliwości, udręki. Motyw światła w tekstach, nie tylko poetyckich, zawsze symbolizuje – szeroko rozumianą – nadzieję. W tekstach piosenek może nim być żar ognia, lśnienie gwiazdy, świetlista łuna na niebie czy po prostu „wewnętrzny blask” drugiego człowieka, jego aura, która ma ogromną moc sprawczą: będę czekał na ciebie/ o pierwszym brzasku,/ będę czekał by zobaczyć twój blask,/ śnię o tym, że mnie wkrótce zobaczysz,/ że uklękniesz w mroku/ i poprowadzisz mnie ku światłu („Der Morgen Danach” Lacrimosa).

Imiona
Bardzo ważny aspekt, na który zwracam szczególną uwagą. W tekstach wielu zespołów omawianego nurtu pojawiają się imiona, które są jednocześnie tytułami poszczególnych utworów. Tak jest w przypadku grupy Clan of Xymox. Na kilku albumach z kobiecym imieniem w tytule, związana jest historia. „Emily” – to opowieść o czystej, prawdziwej i ślepej miłości; „Michelle”, to historia kobiety, która kusiła po to by ranić, „Louise”, sprawiła, że serce narratora wciąż tęskni za wspólnymi chwilami, obwiniając jednocześnie kobietę o puste obietnice, które złożyła, a których nigdy nie dotrzymała. „Jasmine and Rose” to dosyć dwuznaczna opowieść sensualna. Tytuł może być złożony z imion kobiet (Jaśmin i Różę), ale może też oznaczać nazwy roślin – które pobudzają zmysły swoim słodkim, delikatnym zapachem. „Hail Mary” to przekora – świętość miesza się tutaj z grzechem – grzesznik spotyka na swojej drodze św. Marię, pytając ją jednocześnie czy jest tą jedyną, która może go ocalić i czy w ogóle jest dla niego jeszcze szansa na ocalenie: Wszystkie złe rzeczy, których dokonałem/ (…) wszystko to teraz widzisz./ Może nauczę się być czystym./ Czy to ty mnie ocalisz od wszelkich krzywd?/ Czy ty mnie poprowadzisz dzięki swojej łasce?.

Mit
Podobną strategię – do formacji Clan of Xymox – przyjął zespół Theatre Of Tragedy. Tytuły utworów z albumu „Aegis” stanowią kobiece imiona. Mamy więc Cassandrę, Venus, Lorelai, Angelique czy Samanthę. Podobnie jak w przypadku CoX, każde imię to zupełnie inna opowieść, zaś imiona są znaczące. Przede wszystkim wywodzą się z mitologii. Popatrzymy na utwór „Cassandra”: Prorokini czy naiwna?/ Jednak mówi prawdę,/ „Wiem, co będzie jutro – pokonaj mnie, jeśli dasz radę!”/. Kasandra według greckiej mitologii przepowiadała przyszłość, lecz klątwa bogów sprawiła, że nikt nie wierzył w jej wizje. Bez znajomości mitologii zrozumienie tekstu „Cassandry” staje się niemożliwe.

Wczytajmy się w tekst „Siren”. Głos twój o tak słodki,/ wsłuchuję się w twą tęsknotę,/ Zgubną dla mnie, zgubną dla ciebie./ "Słuchaj i usłysz", przeczesz, tęsknie/ - igrając z pokusą./. W mitologii śpiew syreni miał hipnotyzować słuchaczy, prowadząc ich na pewną śmierć. Wszyscy chyba doskonale pamiętamy mit o Odyseuszu, który pragnąc usłyszeć syreni głos, kazał wszystkim towarzyszom zatkać uszy woskiem, a samemu przywiązać się do masztu.

Ta krótka analiza tekstów z obszaru muzyki, której dość daleko do głównego nurtu, ukazuje jak poetyckie są to liryki, a jednocześnie jak bardzo – dzięki tematyce i stałym motywom – nam bliskie. Korzystają obficie z symboliki mitologicznej, sięgają po toposy chrześcijańskie. Wbrew powszechnej opinii nie są to wyłącznie teksty pesymistyczne, bez trudu można odnaleźć w nich wiele nadziei, pewności i wiary. Odpowiednio zaaranżowane i wykonane, stają się monumentalnym przeżyciem, które zmusza do myślenia i oczyszcza.

„Smuga cienia” Anji Orthodox (Closterkeller "Violette")

Paweł Chmielewski

("Projektor" - 5/2016)

Postać odwrócona, postać samotna, wilgoć, woda, purpurowy fiolet nieba, postać zagubiona, postać eteryczna – scenografia romantycznego malarstwa, malarstwa chłodnej Północy. Niemieckich krajobrazów Caspara Davida Friedricha, angielskich – zapatrzonych w średniowiecze – prerafaelitów, chłodnych i drapieżnych symbolistów schyłkowego modernizmu. Scenografia dla jednego z bardziej enigmatycznych tekstów polskiej muzyki rockowej – „Violette” zespołu Closterkeller.

Przyjęta przez Anję Orthodox – liderkę zespołu – konwencja gotycyzmu kieruje nas ku willi Diodati nad Jeziorem Genewskim, pewnego ponurego lata 1816 roku, gdzie powstaje pomysł „Frankensteina” Mary Shelley, metafizycznym wersom jej męża Percy’ego, poematom Byrona, ku demonicznej liryce Lermontowa, opowiadaniom Edgara Allana Poego. To – nie zapominajmy jednak – konwencja, jak konstruktywizm i dzieła Rodczenki w „Die Mensch-Machine” grupy Kraftwerk czy kabaretowy pseudo-faszyzm zespołu Laibach. Konwencja, która jest – to oczywiste – esencją wrażliwości i filozofii wokalistki Closterkeller. Sprowadzenie „Violette” do poziomu czysto tekstowego i zamrożenie w naskórkowo rozumianym gotycyzmie byłoby odczytaniem powierzchownym.

Ekwiwalentem dla słów, spajającej je muzyki jest w tym przypadku obraz i symbol. Usytuowanie narratorki – Gdy klęczę pośrodku strumienia – w przestrzeni „Fioletu”, a zarazem przestrzeni kulturowej, odsyła nas do rytuału przejścia (na którym zbudowana jest tkanka utworu), do sytuacji granicznej, mentalnego przekroczenia linii młodość-dojrzałość. Pędu życia ku śmierci, od intymnego związku ku samotności, do tej granicznej chwili, gdy następuje – posługując się językiem Nietzschego – „przewartościowanie wszelkich wartości”.

Ta samotność klęczącej wśród strumienia, to nic innego jak również rytuał samopoznania – W życia wędrówce, na połowie czasu,/ Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,/ W głębi ciemnego znalazłem się lasu. (Dante Alighieri „Boska Komedia”, I). Conradowska „smuga cienia”.

Wyobrażoną paletę „Violette” tworzą trzy barwy – czerń, biel i tytułowy fiolet. Rozszyfrujmy ostatni z nich. Jego symbolika tradycyjnie łączy się z pierwiastkiem żeńskim, skruchą, w ikonologii chrześcijańskiej z cierpieniem. Szata Chrystusa w przedstawieniach pasyjnych miała barwę fioletu, oprawca na freskach Giotta i ukryty za filarem pokutnik z Sykstyny Michała Anioła są odziani w fiolet. Na ten trop kieruje nas liderka Closterkeller budując porównanie fiolet – zimny kolor mojej krwi. Barwa odsyła nas również do ulubionej „gwiazdy” romantyków – Księżyca. W tej księżycowej poświacie art gotyku jest woda, jest biel i czerń, krew, jest oczyszczenie. Ten powtórny chrzest, metamorfoza, rozgrywa się jednakże w barwach samotności, fiolet literacki nie oznacza bowiem tylko pokory i skruchy. Jest samotnością jak u Aragona (Wszystkie rozgoryczenia/ Fioletowe piętna bezsenności) lub zwiastunem zagłady Borowskiego (trupi nieba fiolet).

Fiolet (obok lub wraz z mieszaniną błękitu) był najcenniejszym i paradoksalnie najbardziej „podejrzanym” kolorem w palecie średniowiecznych mistrzów. Powstawał bowiem – jak podają badacze pigmentu van Eycków – z azurytu i laki, lecz z dodatkiem lapis-lazuri. Tak kamień piekielny rodził barwy raju i męki świętych. Panteistyczny – znów doceniony dopiero przez późnych romantyków, a skreślony chociażby przez Schopenhauera i skromne, samotne fioletowo-białe (lub trupio-sine) malarstwo Puvisa de Chavannesa – obraz wykreślony przez Orthodox rozrzuca w wielu kierunkach (jak kręgi na wodzie), ewangeliczne i ezoteryczne tropy – kamień przeistacza się w chleb. Fraza: Na każdym płatku jeden grzech/ Czarnych kwiatów/ na podobieństwo symbolicznych, martwych natur holenderskich mistrzów przywołuje rosę na martwych kwiatach – znak nieuchronnej śmierci.

Fascynująca pozostaje w „Violette” symbolika lustra – ukryta w metaforycznym obrazie (Omywana zimną wodą jak szkło/ Ja gładsza co dzień, czyściejsza co noc), bezpośrednia (Białe kwiaty w lustrach odbijają) czy skojarzona z kulturowym toposem kryształu. Ponownie stajemy wobec literacko-obrazowej opozycji kreślonej przez autorkę – bieli i czerni, czystości i grzechu. Nie inaczej przecież, lecz po kryształowych (lustrzanych) schodach, wśród kwiatów, wstępują zbawieni do raju w alegorycznym „Sądzie ostatecznym” Hansa Memlinga. Bo lustro jest sprawdzianem, źródłem samopoznania, ale też bramą do pozazmysłowego świata.

Pragnienie fioletu (jest) tu marzeniem o powrocie do wieku niewinności. Bo czyż nie fiołki zwiędły szalonej Ofelii?

Koreańska niespodzianka (Jambinai, „A Hermitage”)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 5/2016)

Mieli grać w namiocie na scenie eksperymentalnej na tegorocznym OFF Festivalu. Na skutek zbiegu przedziwnych okoliczności, zmian, niekoniecznie dobrych, z jakimi mieliśmy na katowickim offie do czynienia, zagrali na dużej scenie w „prime time”. I to była największa niespodzianka festiwalu.

Wydarzenie, które pozostało w mojej pamięci. Koncert udał się muzykom pod każdym względem. Publiczność słuchała tej dziwnej mieszanki tradycyjnej koreańskiej muzyki i ciężkich metalowych riffów bez znudzenia. Występ był świetny. W jednym z wywiadów lider grupy, wokalista, gitarzysta, grający także na tradycyjnych instrumentach dętych Lee Il-woo mówił, że często mieli kłopoty z ustawieniem zbilansowania dźwięku. I dlatego jeżdżą w trasy ze swoim dźwiękowcem. Słuchając tej muzyki na żywo trudno się temu dziwić. Zmiany dynamiki i natężenia obecne w tej muzyce są trudne do ogarnięcia.

To brzmi, wciąga. Jest egzotyczne i znajome jednocześnie. Panie grające na tradycyjnych koreańskich instrumentach to wirtuozki. Perkusista robi swoje. Jest moc, potęga i klimat. Jest refleksja i liryzm rodem z Dalekiego Wschodu. I metalowe, diaboliczne szaleństwo. Podobnie jest na ich ostatniej płycie „A Hermitage”.

O czym śpiewają? Podobno o zagrożeniach dla ludzkości, miłości i nienawiści. Robią to jednak w swoim, niepowtarzalnym stylu. I to jest dobre. Wciąga. A na koncert chętnie podszedłbym jeszcze raz. I zobaczył szczęśliwych po udanym występie muzyków z dalekiej Korei.
Jambinai, „A Hermitage”, Bella Union, 2016

Coś poza dinozaurami (Macroscream, „Macroscream”)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 5/2016)
Sezon ogórkowy nie sprzyja wydawaniu godnych uwagi nowych płyt. Nie chcąc uchodzić za bardziej konserwatywnego, niż jestem, szukałem wytrwale czegoś wartościowego, ale lekkiego, bo przecież są wakacje. Niestety.


Pierwsze miejsce brytyjskiej listy albumów, grupa Blossoms, to niewypał. Pet Shop Boys byli jednak, w porównaniu z tym słabiutkim zespołem, wielcy. Wild Beasts ze swoim nowym wydawnictwem nudni jak flaki z olejem. Zużytym po smażeniu frytek. O reszcie nowych i starych gwiazd nie warto wspominać.

Zupełnie przypadkowo wróciłem do korzeni mojego „poważnego” słuchania muzyki. Czyli do rocka progresywnego. Za sprawą włoskiego zespołu Macroscream. Prog rock jest muzyką alternatywną. Znowu. Bo zanim tak około 1975 r. stał się karykaturą samego siebie, już był muzyką alternatywną. Zespoły prog rockowe grały w małych klubach, wchodziły w swoisty dialog ze słuchaczami. Wydaje się to dziwne, ale tak rzeczywiście było. Grupy takie jak Yes, ELP, Genesis, Pink Floyd wyprowadziły ten ambitny i nieco przeintelektualizowany gatunek na stadiony. Stało się tak za sprawą popularności zespołów progresywnych i sprzedaży płyt w ilości, o jakiej dzisiejsze gwiazdy mogą tylko marzyć. Sukces komercyjny był początkiem końca tej wartościowej, ambitnej muzyki.

Dzisiaj prog rock wraca do korzeni. Poza dinozaurami spijającymi śmietankę z dawnej świetności pojawiają się nowe grupy. Jedną z nich jest włoska formacja „Macroscream”. Przyznam się, że ze zdziwieniem słuchałem tej dziwnej, staroświeckiej płyty. Podróż w czasie. Odświeżająca. Jeszcze większe zdumienie budzi ilość muzyków, która wzięła udział w nagraniu. Liderem grupy jest Alessandro Patierno – gitary: basowa, klasyczna i akustyczna, fortepian, mandolina, vocoder, instrumenty perkusyjne, chórki. Oprócz niego jest w zespole pięciu muzyków, ale w nagraniu albumu wzięło udział 13 dodatkowych instrumentalistów. Rozmach. Jak za starych dobrych progresywnych czasów. Muzycznie jest bardzo dobrze. Na płycie brzmią echa muzyki klasyków gatunku jak na przykład Gentle Giant, Egg, Area.

Brzmienie zespołu nie jest kopią. Jest twórczym nawiązaniem. Zrobionym z pasją, ambicja i wirtuozerią. Czyli z tym „czymś”, o co tak naprawdę w dobrej muzyce chodzi. Warto posłuchać. Nie tylko dla fanów „starych” brzmień. Bo to jest alternatywa.

Macroscream, „Macroscream”, AltrOck Productions, 2016

Elektronika spoiwem dla pokoleń (Darek Makaruk, „Kino mocne”)

Łukasz Rakalski
("Projektor" - 5/2016)
Darka Makaruka poznałem podczas jego występów z Orkiestrą Świętokrzyską, kierowaną przez Włodka Kiniorskiego. Nieokrzesane frazy z jego syntezatorów stanowiły bezcenny wkład do spontanicznych aranżacji „Osi”, które upamiętniały twórczość wspaniałego świętokrzyskiego perkusisty Michała Zduniaka. Z wielką ciekawością podszedłem do wyprodukowanego przez Darka albumu „Kino mocne”, tym bardziej, że wystąpili tu również gościnnie muzycy tacy, jak Michał Urbaniak, czy Wojtek Mazolewski.

Tytuł albumu bardzo trafnie wprowadza w jego obiecującą koncepcję. Najbardziej znane kompozycje, rozbrzmiewające w filmach międzywojennej Polski (m.in. „Paweł i Gaweł”, „Ada! To nie wypada”) zostały skonfrontowane z odważnymi improwizacjami oraz z dźwiękami zupełnie abstrakcyjnymi. Czy współczesność przeplata się jednak z tradycyjnym brzmieniem przedwojennych kompozytorów, tak jak życzą sobie tego wykonawcy?

Aby się o tym przekonać, należy oddać się muzyce w pełnym skupieniu, ponieważ dzieje się tu naprawdę sporo. Od razu na wstępie chciałbym zwrócić uwagę na liryczne solo Wojtka Mazolewskiego w utworze „Ach, śpij Kochanie” oraz bardzo przykuwające ucho partie trąbki Michaela Patchesa Stewarta w utworze „Lisie ognie”. Są to dwa elementy, do których z przyjemnością powracam. Nadają artystyczny wydźwięk całej płycie.

W mojej ocenie album posiada także kilka niedociągnięć. Aranżacje utworów obfitują w bardzo abstrakcyjne i przestrzenne brzmienia, które oddziałują na wyobraźnię („W małym kinie”). Niestety, po przesłuchaniu kilku innych utworów, takich jak „Umówiłem się z nią na dziewiątą” dostrzec można, iż brak im jakiejś spójnej koncepcji, a ilość różnorakich pomysłów i melodii zdecydowanie dominuje nad jakością. Nie pomaga fakt, iż wśród ciekawych brzmień znalazły się również syntetyczne trąbki i flety („W tę upalną noc”). Apogeum stanowi ohydne, plastikowe solo syntezatora imitującego obój („Nie kochać w taką noc”).

Myślę, że spora część czytelników zgodzi się ze mną, jeśli stwierdzę, że o kolorze muzyki w znacznym stopniu decydują jednak wokaliści. W tym momencie nadchodzi największe rozczarowanie. O ile wokalizy Asji Czajkowskiej i Magdy Dąbrowskiej brzmią poprawnie i zyskują sporo dzięki bogatym aranżacjom, panowie Czesław Mozil, Tomek Lipiński i Robert Brylewski najwyraźniej nie znaleźli sposobu, by odnaleźć się w tej abstrakcyjnej odsłonie znanych przecież melodii.

Na marginesie wypadałoby wspomnieć o dodatkowej ścieżce z utworem „Dzisiaj ta”. Jest on o tyle istotny, że posiada niezwykle nośny puls. Jest to rodzaj energii, który kojarzy mi się z osobą Darka Makaruka.

„Kino mocne” moim zdaniem silnie odzwierciedla nastroje sztuki postmodernistycznej XX wieku. Poprzez gwałtowne i figlarne operowanie wszelkimi możliwymi kształtami i kolorami na jakiś czas przykuło moją uwagę. Myślę, iż ma pesymistyczny wydźwięk, ale należy je docenić, jako ciekawy eksperyment z muzyką elektroniczną.
Darek Makaruk, „Kino mocne”, Agora S.A., 2016.

Zbożowa Etno-Reggae Fest

Marta Baran
("Projektor" - 5/2016)
Dawno, dawno temu, za wieloma... slumsami, bo właśnie w takich okolicznościach zrodziła się muzyka, znana dzisiaj jako reggae. Dokładnie na Jamajce, gdzie grupa kilku przyjaciół postanowiła założyć zespół. Mimo wspomnianego niedostatku, ich życie mogło przypominać bajkę, ponieważ to oni, niczym ,,naród wybrany” zostali przez absolut obdarzeni wyraźnymi zdolnościami muzycznymi… Tak też się traktowali, jak ludzie z Biblii. W efekcie nazwali siebie ,,The Wailers”, czyli ,,Lamentujący”… 

Każdy fan z pewnością, zorientował się, że ta historia wydarzyła się w roku 1962 i zwiastowała początek kultu muzyki reggae na świecie. Bowiem, wraz ze wzrostem popularności, formacja z Bobem Marleyem na czele, zyskiwała naśladowców na pozostałych kontynentach… W efekcie Kielce też mają swojego Marleya, a dokładnie –„MareJaha!” Kamila Sewerzyńskiego, lidera grupy Wolni Ludzie, która 26 sierpnia była jedną z atrakcji Zbożowa Etno-Reggae Fest, zorganizowanego przez Bazę Zbożową, poprzedzając – pierwszego dnia – występ krakowskiej gwiazdy, formacji Duberman.

Dzień pierwszy, dedykowany reggae, to przede wszystkim ogromna dawka pozytywnej energii, która wręcz eksplodowała. Charakterystyczne dla gatunku stłumione gitarowe riffy, tzw. „robaki”, wspomagane efektem wah-wah oraz teksty w języku polskim i angielskim niosące optymistyczne przesłanie – tak skrótowo można opisać to, co usłyszeli widzowie na Zbożowej. Zaś, utwory ,,To nie tak” Wolnych Ludzi czy ,,The Same Song” autorstwa Israel Vibration w wykonaniu Dubermana porwały niektórych do tańca. Przy okazji dodam, że Wolni Ludzie zaczynają być znani na arenie ogólnopolskiej (ostatnio zdobyli nagrodę za udany debiut na płockim Reggealand), zaś goście z Krakowa (w dwunastoosobowym składzie) niedawno wznowili działalność zespołu, co zaowocowało krążkiem ,,Duberman is back”, którego promocją aktualnie się zajmują. 

Nieco odmienne, lecz równie entuzjastyczne emocje wzbudzały sobotnie koncerty. Niemalże każdy gość Etno-Reggae był wyraźnie zaabsorbowany surowością brzmienia nietypowych instrumentów. Tu dobrym przykładem jest Studium Instrumentów Etnicznych – projekt muzyczny autorstwa Piotra Stefańskiego, wykorzystujący w swoich kompozycjach m.in. konga, afrykańskie djembe oraz dunduny. Kombinacja brzmień folkowych z elementami szeroko pojętej psychodelii intrygowała widzów, którzy zdawali się być zahipnotyzowani występem grupy ze Skarżyska- Kamiennej. I choć o SIE można pisać bez końca, przypomnijmy jeszcze, że większa część prezentowanego przez nich materiału pochodziła z płyty ,,Tu nie ma miejsca na strach”, wydanej w 2014 r. Niemal analogicznie, bo także w sposób iście eksperymentalny, z dźwiękiem obchodzili się członkowie grupy Atlas Motyli. Wokal Alicji Białek-Rozborskiej, której towarzyszyli: Paweł Janaszek – bas, Radosław Nowakowski – bębny, Rafał Gęborek – trąbka, Przemek Greger – gitara, stworzył klimat wręcz magiczny. Zmiana Czasu skłaniała odbiorców do refleksji, szczególnie dzięki poetyckim wersom, w których obecne były frazy m.in. Henryka Jachimowskiego, zaś pełen powagi głos Michała Zapały, lidera zespołu, doskonale współgrał z liryką tekstów.

Po festiwalu nasuwa się jeden wniosek – alternatywna scena muzyczna, którą tworzą artyści z naszego regionu, z pewnością, dorównuje tej z większych miast Polski, gdzie istnieją przecież lepsze warunki finansowe, sprzyjające rozwojowi tego typu działalności artystycznej.

Szukam słów, by opisać wiarę, miłość i… ból (Kielecka piosenka autorska)

Sylwia Gawłowska
("Projektor" - 5/2016)
W wypowiedziach badaczy współczesnych tekstów kultury popularnej, do której zaliczamy twórczość piosenkową pojawiają się głosy sygnalizujące „rozmycie semantyczne”, któremu uległa szeroko rozumiana twórczość „piosenkarska”. Nieustanne przenikanie się muzycznych nurtów, potoczne definiowanie poszczególnych gatunków piosenki oraz nieugięte prawa przemysłu kulturowego, doprowadzają do zatarcia granic pomiędzy tym, co wysokie, a tym co niskie.

Istnieje jednak wyróżnik, decydujący o tym, czy wśród licznych prób twórczości słowno-muzycznej mamy do czynienia ze zjawiskiem autentycznym, reprezentującym jakość w sztuce. Mowa tu o „autorskości”. Rozstrzyga ona o swoistej nierozerwalności autora z twórczością. Posiada wymiar przekraczający kwestię autorstwa tekstu i muzyki, czy wykonania. „Autorskość” odnosi się do pojęcia charyzmy, oddziela piosenkę autorską od innych jej gatunków: piosenki literackiej, poezji śpiewanej, piosenki artystycznej etc.. „Autorskość” to nietypowy element, który sprawia, że piosenka – pomimo nowych interpretacji, wykonań oraz wcieleń nie traci kontaktu ze swoim autorem. W tym rozumieniu autorską twórczością określilibyśmy twórczość Grzegorza Ciechowskiego, Edyty Bartosiewicz, Tadeusza Nalepy, Piotra Bukartyka czy grupy Lao Che. A jak wygląda ta kwestia w przestrzeni twórców związanych z regionem świętokrzyskim? Czy wśród naszych artystów z kręgu, szeroko rozumianej, twórczości piosenkowej znajdziemy takich, których twórczość pretenduje do miana twórczości „autorskiej”?
 
Dusza niby skrzypce
Z pewnością „autorskość” jako najbardziej symptomatyczny wyróżnik jakości utworu słowno-muzycznego towarzyszyła twórczości kojarzonego z nurtem poezji śpiewanej Marka Tercza. „Jak pająk po nitce”, „Nie wydaj mnie na pożarcie smokom”, „Panta Rhei” czy „Dydaktyka” – to nieliczne z wielu piosenek Tercza, które doczekały się wykonań przez młodszych pokoleniowo wykonawców: Tomasza Steńczyka, Piotra Dąbrówkę, Roberta Kasprzyckiego czy Ilonę Sojdę (de facto nagrywającą właśnie pierwszą płytę). „Autorskość” twórczości Marka Tercza wykracza poza granice autorstwa tekstu, muzyki i sceniczności, która w silny sposób nawiązuje do bardowskiej estetyki wykonania, wpisując tę twórczość w potocznie rozumienie gatunku poezji śpiewanej. Jednak mamy tu do czynienia z tekstem o poetyckiej nadorganizacji, uwzględniającej kompozycję muzyczną – a więc z tekstem piosenkowym. Ten rodzaj korelacji sprawia, że piosenki Marka Tercza wychodzą poza potoczne rozumienie nurtu poezji śpiewanej – Śpiewam Wam, a dusza moja/ Niby skrzypce/ Do nieba, do nieba się wspina/ Jak pająk po nitce/ („Jak pająk po nitce”).

„Babcia” Blues
Analogiczna sytuacja towarzyszy twórczości blues-rockowego artysty Marka „Babci” Dubeltowiczna frontmana aktywnej w latach 80’. i reaktywowanej kilkakrotnie grupy Heaven Blues (koncertującej przed dwoma laty pod nazwą Nowa Rzecz). Podobnie jak w przypadku piosenek Marka Tercza – autorskość Marka „Babci” Dubeltowicza opiera się na swoistej niepowtarzalności scenicznego wykonania – charyzmie, która – zdawałoby się dość jednolitym kompozycjom bluesowym – nadaje wymiar wypowiedzi o wysokim kunszcie artystycznym – zarówno w zakresie warstwy słownej: Twe oczy jak zamglone,/ rozmarzone morze// Płynie do mnie/ Wędrówka rąk// po łące Twojej twarzy/ Jak cudownie jest// gdy płoną zmysły/ Gorejące wielkim ogniem// Rozpalają Ciebie/ I mnie// („Erotyk bardzo”), warstwy muzycznej, jak i wykonawczej. Niezwykle istotnym utworem Dubeltowicza, ze względu na tzw. tekst zaangażowany, jest powstała w 1987 r. piosenka „Człowieku, jak Ty nisko upadłeś”. Bezsprzecznie wpisuje się ona w nurt rockowego protest-songu. Wyrażona w tekście kontestacja, świat zrelatywizowanych wartości sprawia, że autorska wypowiedź Dubeltowicza staje się głosem pokolenia a przy tym, pomimo upływu 20 lat nie traci na aktualności. Człowieku! Jak Ty nisko upadłeś/ Nawet nie jest Ci wstyd…/ Za to,/ że każdy może napluć Ci w twarz/ A Ty nic nie powiesz, bo…/ Niczym głodny pies/ Od każdego weźmiesz kość.// („Człowieku”, 1985).

University of Freedom!
Jako autorską określić możemy twórczość nieistniejącego już dziś zespołu MENoMiNi. Stworzona przez nich piosenkowa jakość jest bezsprzeczna. Utwory z tekstami Michała Zapały oraz Sławomira „Kolki” Błacha w reggaeowych aranżacjach posiadały wymiar piosenek nie tyle lekkich i przyjemnych, a – co zdarza się nieczęsto – piosenek mądrych. Na wydanej w 2007 r. płycie „Z pierwszego tłoczenia” znajdziemy autorefleksyjne utwory odnoszące się do problematyki egzystencjalnej. Walory poetyckie tekstów oraz zawarta w nich myśl („Maj lof”, „Widzę Cię”, „Jazz”) w połączeniu ze stworzonym przez muzyków brzmieniem oraz charyzma i liryczność wokalu Michała Zapały stanowią o „autorskości” piosenek tej grupy. Sam nie wierzę sobie/ Nawet w połowie// Życie po sobie zamiatam/ Marnuję dzień za dniem// A to nie wraca…/ Nie śmiejcie się ze mnie!// Nie śmiejcie się ze mnie! (…) Buduję wolność/ mojego ołtarza// University of Freedom!// („MM RAP”)

„Mięso”, „Guwno” i Rock&roll
Interesującym zjawiskiem na kieleckiej scenie muzycznej była grupa Jedyna Maść. Publiczności ukazywała się ona pod różnymi postaciami. Jak to zwykle bywa – nie brakowało w tej formacji zmian osobowych. Jednak niezmienną, być może fundamentalną dla Jedynej Maści cechą był ironiczno-buńczuczny koncept estetyczny, stanowiący wspólny mianownik wszystkich piosenek zespołu. Już samo określenie „zespół towarzysko-pijący” czy „najlepszy zespół w Polsce” doskonale odzwierciedla osobniczą, przepełnioną sarkazem i pastiszem ideę kieleckiej formacji. Założony przez rysownika - Grzegorza Sobczaka oraz basistę Marka Wronę i gitarzystę Oskara Wilmana zespół, znalazł liczne grono odbiorców a nawet fanów. „Autorskość” Jedynej Maści objawiła się właśnie w tym szczególnym, przemyślanym koncepcie estetycznym, w którym rubaszność, rockowa aranżacja i sceniczny koloryt wykonawców spotykał się z wyrażaną w tekście bezkompromisową krytyką i inteligentnym – niejednokrotnie czarnym – humorem. Najwyraźniej ujawniającą się w tej twórczości kategorię stanowiła kategoria dystansu: Śmierć, moja własna śmierć/ Cierpienie i miłość – to wszystko już było/ Śmierć! Moja własna śmierć!// („Moja własna śmierć”) lub Jesteśmy smutni i źli/ Jesteśmy smutni i źli// Jesteśmy, jesteśmy… zmęczeni!/ („Zmęczony”); Chałturę robię tu/ Pracuję w KCK-u.// Magda, kochanie!/ Daj na wstrzymanie!// Chałturę robię tu…// („Chałturę robię tu”).

Powierzchowne rozumienie twórczości Jedynej Maści sprowadzić by nas mogło na manowce. Moglibyśmy ulec przekonaniu, że to twórczość banalna. W istocie mamy tu do czynienia z przemyślaną i konsekwentną wypowiedzią, w kpiarski sposób komentującą rzeczywistość społeczną, polityczną i gospodarczą. Odwaga, której z pewnością odmówić Jedynej Maści nie sposób, sprawia, że nie możemy pominąć tej twórczości rozpatrując „autorskość” piosenki w środowisku naszych lokalnych twórców.

I inni…
Na szlaku „autorskich” zjawisk piosenkowych na kieleckim gruncie pojawiają się wciąż zjawiska nowe: zespół Wolni Ludzie, SIE z charyzmatycznym Piotrem „Stiffem” Stefańskim na czele, Folya, 4 Acoustic, Zmiana Czasu. To dobry zwiastun i piękna nadzieja, że wśród bylejakości i lawiny pseudoartystycznych wypowiedzi wciąż rodzą się takie, w których poza tekstem i muzyką jest jeszcze … myśl.
*Tekst piosenki „Szukam słów” Kamila „MarleyJaha” Sewerzyńskiego.

wtorek, 26 lipca 2016

Retrodźwięki dzieciństwa ze stanu wojennego (Sexy Suicide, "Intruder")

Emmanuella Robak
("Projektor" - 4/2016)
 
Sexy Suicide to wyjątkowa propozycja na polskim rynku elektronicznym. Stylistyka i duch lat 80. jest przewodnim motywem zespołu – zarówno ich muzyka, teledyski jak i image nawiązują do tamtej dekady.

Sexy Suicide próbuje pokazać na nowo klasyczne, zimno-falowe granie, które w połączeniu z alternatywnymi brzmieniami, taneczną melodyjnością i romantyczną melancholią daje nową jakość. Takiego rozwiązania nie ma na polskim rynku, dlatego nawet z ciekawości warto zapoznać się z twórczością duetu, zaś wizerunek zespołu kształtują również teledyski utrzymane w stylistyce lat 80., będące czasem parafrazą klipów Madonny, Kim Wilde, Bonie Tyler.

Sexy Suicide to Marika Tomczyk (wokal, teksty, linie, chórki) oraz Bartłomiej Salamon (muzyka, syntezatory, sampling, programowanie). Zespół powstał w Sosnowcu, wiosną 2012 r., z inicjatywy Bartłomieja Salamona. Przez pierwsze dwa lata istnienia projekt funkcjonował jako trio pod nazwą Neon Romance. W tym też czasie powstał debiutancki album zatytułowany „Midnight Stories”, który ukazał się 1 marca 2013 r. Zespół zagrał wówczas wiele koncertów m.in. w Katowicach, Warszawie, Łodzi, na OFF Festival w Katowicach oraz na Young And Cold Festival w Augsburgu, promując swój materiał. Etap Neon Romance dobiegł jednak końca. Po odejściu Michała Kapuścińskiego, Bartłomiej i Marika postanowili kontynuować działalność. Duet przyjął nazwę Sexy Suicide rozpoczynając pracę nad nowym materiałem. Szare niebo nad miastem, nocne życie, oświetlone neonowymi światłami, Skinny Puppy, Depeche Mode, Wolfsheim, Camouflage czy Madonna, to niektóre z inspiracji, jakie napędzają duet do tworzenia.

Pracując nad albumem, zespół zagrał wiele koncertów, a na ich profilu facebookowym pojawiały się co jakiś czas nowe utwory, zapowiadające krążek. W końcu, 24 czerwca nakładem wytwórni Fonografika (Independent Record Label), światło dzienne ujrzał długo oczekiwany debiutancki album Sexy Suicide, zatytułowany „Intruder”. Na płycie znajduje się jedenaście utworów, które przenoszą słuchacza w świat mocno osadzony w stylistyce lat 80.

Warstwa brzmieniowa płyty jest maksymalnie dopracowana. Dużo przestrzeni sprawia, że słucha się jej z lekkością, a nagromadzenie szczegółów powoduje, że za każdym kolejnym odsłuchaniem można w utworze odkryć coś nowego. Nieprzecenionym atutem każdego utworu jest głos Mariki. Można go scharakteryzować jako mieszankę Cyndi Lauper i Kim Wilde – charyzma Lauper i delikatność Wilde w jednym. Krystaliczny wokal Mariki dodaje kompozycjom energii i dynamiki.

W albumie znajdziemy zarówno taneczne hity („Shame of Device”, „Never Forget” czy „Stand Alone”), spokojniejsze utwory („Diary of Moon”) czy refleksyjne ballady („4 you”). Co bardzo ważne, płyta od początku do końca utrzymuje ten sam poziom, a kolejność utworów sprawia, że krążek jest spójny i w całości prezentuje nam pewną historię – historię, jaką jest Sexy Suicide. W tym roku zobaczymy zespół m.in. na festiwalu Castle Party. Wystąpią ostatniego dnia w byłym kościele ewangelickim.

Jej wysokość elektro (Miranda Cartel "Divert")

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 4/2016)
Gdybym biegała, na pewno kawałki artystki, występującej pod pseudonimem Miranda Cartel, towarzyszyłyby mi przy pokonywaniu kolejnych kilometrów. Nie biegam, ale wiem, że „Divert” czy „Fake my fiction” znajdą się na moim odtwarzaczu, tym samym będą ze mną w samochodzie, pociągu, na przystanku autobusowym – to muzyka wprawiająca w ruch, nieważne jaki.

Czym zatem lub raczej kim jest Miranda Cartel? To jednoosobowy projekt autorstwa Emmanueli Robak, kieleckiej wokalistki i kompozytorki. To płyta, która stanowi połączenie elektronicznych rytmów z techno oraz z domieszką melancholijnych, psychodelicznych melodii („Leviathan”) i przebijającym się gdzieś w tle dance. Artystka pracuje nad swoim stylem, łączy house, electro i coldwave. To kawałki, które hipnotyzują, pobudzają i wprowadzają w trans. Błyskawiczne przejścia trafiają do kory mózgowej w postaci rytmicznych i jednostajnych uderzeń. W „Going down” wokalistka nieco ściszonym, szepczącym głosem wprawia w euforyczny stan umysłu, na granicy tego, co rzeczywiste z fantazmatem. W niektórych kawałkach wybrzmiewają mocniejsze, charakterystyczne dla rocka dźwięki.

Wydaje mi się, że artystka celowo wybiera mieszankę stylów i konwencji. Nie zamyka się w jednym nurcie, dzięki czemu płyta zaskakuje, a po jej wysłuchaniu w głowie wciąż dźwięczą poszczególne bity z „Fake my fiction” czy „Divert”. Ciekawie również prezentuje się barwa głosu samej wokalistki. Jednak wokal na tej płycie stanowi jedynie tło tego, co bardziej wyraźne i mocniejsze – podkładu muzycznego. 

Muzyka, przy, której nie można stać nieruchomo, słuchając poszczególnych utworów autorki. Miałam wrażenie, że niektóre uderzenia wprawiają w ruch nie tylko moje ciało, ale również moje zmysły: wzrok, dotyk, słuch. 

Nie sposób pominąć także dwóch kawałków stanowiących remix do otwierającego album utworu „Divert”. Jeden utrzymany w klimacie mocno elektronicznym, przechodzącym w trans, drugi zaczyna się nieco spokojnie, by następnie przejść w fazę symfonicznej elektroniki. Moim faworytem z całego albumu jest bez wątpienia subtelny „Going down”. Warto dodać, że Miranda Cartel to nie pierwszy projekt Emmanueli Robak, która na swoim koncie ma już także płytę z zespołem Lily of the Valley (recenzję „Among the Shadows” zamieściliśmy w numerze „Projektora” 2/2015 – red.).

Cenię projekt Miranda Cartel, za tak bogate i różnorodne pomieszanie stylów. Wybaczam wokal, niepotrzebny według mnie w kilku miejscach i obiecuję, że zacznę biegać, słuchając „The way to follow” lub „Divert”.

Silni chłopcy dorastają w Luizjanie (Rick Bragg, . „Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu”)

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 4/2016)
Pewnego dnia – miał wtedy dziewięć czy dziesięć lat – stojąc na wale przeciwpowodziowym nad Black River, obok matki i ojca, patrzył na przepływający statek pełen rozbawionego towarzystwa. Dobrze ubrani pasażerowie podnieśli w górę kieliszki, dostrzegłszy stojącą na brzegu trójkę, niby popijając za ich zdrowie. (…) Elmo Kidd Lewis tylko przycisnął chłopaka mocarnymi dłońmi do siebie. – Nie martw się synu- powiedział do mnie tata – Kiedyś ty też tam się znajdziesz. Zobaczysz. Nie wie czy ojcu chodziło o to, że znajdzie się wśród bogaczy i wpływowych osób, czy też, że na statkach rozbrzmiewać będzie jego muzyka. Kilkanaście lat później stał się wpływowym bogaczem, ale przede wszystkim słynnym pianistą i rockandrollowcem.

Historia Jerry’ego Lee Lewisa autorstwa Ricka Bragga to jedna z najnowszych propozycji wydawnictwa „Czarne”, z serii amerykańskiej, opisującej kulturę i historię Stanów Zjednoczonych, nie pomijając przy tym ciekawych i wielokolorowych biografii znanych amerykańskich postaci. Jedną z nich jest niewątpliwie Jerry Lee Lewis muzyk i wokalista, urodzony w 1935 r. w Luizjanie. Historia zebrana przez amerykańskiego dziennikarza i pisarza Ricka Bragga to barwna opowieść o nietuzinkowej postaci, która stała się symbolem Stanów Zjednoczonych obok Elvisa Presleya czy Marylin Monroe. „Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu” to biografia opowiedziana w sposób luźny, bez encyklopedycznego spiętrzenia informacji i dat. Jest to przede wszystkim książka, w której sam Lewis mierzy się ze swoim życiem, sięga do korzeni, opisując historie poznania rodziców, ich zmagania z biedą i ciągłą walkę o lepsze i godne życie. Jest też wreszcie wszystko to, co w historii ikon popkultury zdarza się dość często – skandale, potężne pieniądze, luksus, prywatne odrzutowce, narkotyki, alkohol, kobiety i show biznes. Prócz samej biografii w tle przetacza się także obraz Ameryki od lat 30. do współczesności. Prohibicja, wojna, kryzys gospodarczy, Elvis Presley. Dzięki temu historia znakomitego pianisty jest wielowątkowa i ukazuje różnorodny obraz świata zza oceanu.

Ta pełna wspomnień, a niekiedy refleksji historia składa się na wartką fabułę, ma cechy scenariusza dobrego filmu biograficznego. Jest to przede wszystkim książka o człowieku, który od najmłodszych lat rozwija swój talent, pasje. Nie wyrzeka się swoich słabości, wad, ale w tym wszystkim nie traci poczucia humoru i przekonania o tym, ze jest legendą i na to miano sobie zasłużył. Tekst przeplatany jest fotografiami z prywatnego albumu Lewisa. 

Warto zwrócić uwagę na formę, po jaką sięgnął autor, który przeprowadza wywiad z Jerrym Lee Lewisem. To trochę jakby luźna rozmowa dwóch dżentelmenów przy whisky (nie szkockiej, ale tej z Ferriday w stanie Luizjana, którą kiedyś nielegalnie wyrabiał ojciec Lewisa, Elmo). 

Ta powieść pokazuje, że każda gwiazda ma swoje wzloty i upadki, dla jednych upadek staje się końcem końca, dla innych to kolejny powód do wielkiego wzlotu. Do tych drugich z pewnością należy Jerry Lee Lewis.

Multikulturowe piękno (Kel Assouf „Tikounen”, Iglomondo)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 4/2016)
Pogodę mamy ostatnio nieco saharyjską, więc fajnie będzie posłuchać czegoś, co pochodzi z tych pustynnych rejonów. Płyta „Tikounemn” może być dobrym początkiem poznawania zabójczo pięknej kultury muzycznej saharyjskich nomadów. 

Zawartość albumu zadowoli wszystkich, którzy poszukują muzyki niebanalnej. Również miłośników niebanalnego rocka. Jest go tutaj bardzo dużo. Solówki lidera kapeli, Nigeryjczyka Anana’a Harouna’a są pokręcone, jak granie Toma Varleine’a z nowofalowej legendy Television za jej najlepszych czasów. 

Gdyby dodać anglosaski śpiew, pod względem aranżacji, utwory nie różnią się zbytnio od niektórych dokonań grupy Queen Of The Stone Age. Właściwie jest to muzyka Tuaregów z domieszką amerykańskiego białego bluesa i rocka. Nie zapominając o popie.

Tradycją w muzyce tamtych rejonów jest niezbędny „pierwiastek żeński” w postaci chórków i charakterystycznych dźwięków kojarzących się z amerykańskimi filmami o Indianach, które oglądałem w dzieciństwie. Albo z niemieckich westernów o Winnetou.

Wspomniany przez mnie kobiecy wkład w brzmienie grupy zawdzięczamy wokalnym popisom aktorki Taulou Kiki znanej z głównej roli w filmie „Timbuktu” Abderrahmane’a Sissako. Słowa śpiewane przez lidera i gitarzystę grupy prawie zawsze mają to samo przesłanie: Peace and Respect. Niby banalne, ale w jakże znaczące w dzisiejszych czasach.

Kel Assouf „Tikounen”, Iglomondo, 2016.

Co się stało z Ameryką? (Fantastic Negrito „The Last Days Of Oakland”, Blackball Universe)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 4/2016)
Nie, to nie jest nazwa na wyrost – Fantastic Negrito. Album z gatunku „roots blues”, którego, przyznaję, rzadko słucham, rzeczywiście jest fantastyczny, jak nazwa tej kapeli. A właściwie pseudonim artystyczny głównego bohatera tej bluesowej opowieści.

Jego prawdziwe nazwisko brzmi: Xavier Dphrepaulezz. Ktoś wie, jak to się wymawia? Tak? To napiszcie do redaktora naczelnego. Nagród nie przewiduję. Satysfakcja gwarantowana.
 
Również pod względem zaśpiewanych tekstów, albumu „The Last Days Of Okland” słucha się z przyjemnością. Może dlatego ta płyta jest aż tak dobra. Muzyk debiutował w 1995, jako Xavier, ale w epoce post grng nie jest banalny. Wzorem swoich muzycznych idoli na przykład Gilla Scotta Herona Xavier Dphrepaulezz, stawia te same pytania, co wspomniany artysta w latach siedemdziesiątych: Co się stało z Ameryką? Dokąd zmierza? Nie zamierza tylko pytać, stara się odpowiadać. Muzyka, którą nam serwuje, jest soczysta, łączy blues znad Missisipi z gospel, funkiem, samplami i, oczywiście, rockiem. Brzmi to wszystko wspaniale i szczerze.

Dlaczego? Xavier Dphrepaulezz to artysta pełną gębą, ale po przejściach. Opuścił dom rodzinny w wieku 12 lat, prowadził życie naciągacza i oszusta w Los Angeles. Debiutował w 1995 roku, jako Xavier, ale w epoce post grunge jego natchniony, staromodny soul nie spotkał się z zainteresowaniem. W 2000 roku miał ciężki wypadek samochodowy i parę tygodni był w śpiączce. Długo pracował nad pełną rekonwalescencją fizyczną i psychiczną. Opłacało się. Nagrał album z duszą, którego słucha się z przyjemnością. „Mrówy” chodzą po całym ciele przy wielu utworach. Trudno wskazać najlepszy kawałek. Może dlatego ta płyta jest aż tak dobra.

Fantastic Negrito „The Last Days Of Oakland”, Blackball Universe, 2016.

Pokora wobec potęgi dźwięku (Piotr Restecki, One Question, United Records)


Sylwia Gawłowska
("Projektor" - 4/2016)
Wiosną 2016 r. – pochodzący z Kielc – gitarzysta Piotr Restecki wydał swoją kolejną, trzecią autorską płytę. Jej premiera odbyła się 13 maja w sali koncertowej Wojewódzkiego Domu Kultury. Koncertem tym zaprosił artysta w świat dźwięków zarejestrowanych na nowym krążku.

Piotr Restecki jest twórcą poszukującym – dowodzi tego płytą „One Question”. Materiał został zrealizowany w kieleckim United Records Studio. Wśród jedenastu nagrań odnajdziemy utwory inspirowane muzyką brazylijską i hiszpańską. Wyraźnie dają się jednak słyszeć echa pobytu artysty w Chinach. Dalekowschodnia melodyka rozpoczyna utwór „Beijing”, w którym Restecki po raz kolejny udowadnia słuszność przypisywanego mu w Polsce miana mistrza gitarowego fingerstyle.

Struktura kompozycyjna „Beijing” stanowi – charakterystyczne dla poetyki Resteckiego – połączenie energetyczności, dynamiczności uderzenia i liryki. Z kolei tytułowe „One Question” – ciepła i nastrojowa ballada, która de facto doczekała się już swoich coverowych wykonań wśród debiutujących gitarzystów, ukazuje specyficzną dla wyobraźni muzyka umiejętność budowania subtelnego i poetyzującego klimatu. W utworze tym, wyraźnie śpiewna linia melodyczna towarzyszy słuchaczowi, stając się jego przewodnikiem. Gitarzysta snuje niezwykle urokliwą opowieść za pomocą każdego wydobytego dźwięku. Trudno nie ulec tej urokliwości…

Wartą zauważenia jest również utrzymana w popowym klimacie kompozycja „Sunrise”. W perspektywie utworów z poprzednich płyt twórcy, szaleństwo i gitarowe wariacje ustępują miejsca wyważonej i przemyślanej kompozycji. Na plan pierwszy wysuwa się melodyka, nie zaś demonstracja gitarowej wirtuozerii. Z pewnością to świadectwo dojrzałości i – jak zwykł mawiać artysta – „bycia na szlaku”, który konsekwentnie od kilku lat przemierza. Ci, którzy śledzą ten gitarowy szlak, z pewnością usłyszą w „Sunrise” pokorę wobec potęgi dźwięku. Usłyszą także radość, a może nawet zobaczą… precyzyjnie utkany, za pomocą ciepłych harmonii, wschód słońca?

Obcując z płytą „One Question”, obcujemy z pokorą twórczą Resteckiego. Przekornie objawia się nam ona w jego niepokornej wyobraźni. Owocuje różnorodnością. Restecki z niezwykłym wdziękiem łączy biegunowo różne przestrzenie muzyczne, a przy tym konsekwentnie nadaje poszczególnym utworom swoją indywidualną poetykę.

Dzięki temu – różnorodność – nie wyklucza stylistycznej spójności. Charyzmatyczność autora przepływa przez struktury tworzonych przez niego brzmień. Moglibyśmy pokusić się o stwierdzenie, że za pomocą przekornej muzycznej niepokorności Restecki kreuje swoisty trademark swojej twórczości, wytrwale i skutecznie zdobywając nowych słuchaczy.

Piotr Restecki, One Question, United Records, 2016.

Europejski jazz elektroniczny (Maciej Fortuna Trio, Jazz, Fortuna Records)

Łukasz Rakalski
("Projektor" - 4/2016)
Doświadczamy niezwykłego okresu, w którym wielkie wytwórnie płytowe chwytają się przysłowiowej brzytwy, inwestując ogromne środki w kreowanie kolejnych gwiazd. W tym samym czasie na pierwszy plan powoli wchodzą małe domy wydawnicze, takie jak osławiony już ForTune, które odnajdują wciąż nowych, kreatywnych twórców.

Maciej Fortuna, trębacz, wykładowca z Akademii Muzycznej w Poznaniu jest niezwykłym przykładem artysty, który, mimo iż stanowi spiritus movens przemian na polskim rynku, nie mieści się w żadnej z powyższych kategorii z jego najnowszym albumem, o krótkim, lecz niedwuznacznym tytule „Jazz”.

Myślę, że każdy miłośnik improwizowanych dźwięków potrafi wymienić przynajmniej jednego z mistrzów lat 60., często określanych jako złota era jazzu. Mimo, iż następne trzy dekady upłynęły pod dyktando trzech gigantów: Universal, Sony i Warner, ich dominacja również zmierza ku końcowi, głównie dzięki rozkwitowi Internetu. Do łask wróciły niezależne wytwórnie, które teraz mogą się wyspecjalizować i promować muzykę dla wąskiego grona odbiorców. Oprócz tego, ze zdobyczy technologii korzysta nowy typ muzyka pokroju Macieja Fortuny lub Piotra Schmidta. Muzyka, który jest jednocześnie swoim producentem i wydawcą.

Album „Jazz” to najnowsza z kilkunastu autorskich płyt Macieja, wydanych przez Fortuna Records oraz czwarta z cyklu Maciej Fortuna Trio, zaraz po „Lost Keys”, „Solar Ring”, „At Home”. Jego dość odważna formuła nie uwzględnia żadnego instrumentu harmonicznego. W składzie oprócz trąbki znalazł się kontrabas (Jakub Mielcarek) oraz perkusja (Frank Parker).

Dla kogoś, kto zna doskonale brzmienie trąbki Macieja, jego lekkość i pełne polotu frazy lub słyszał którekolwiek z jego koncertowych wykonań, „Jazz” może być niemałym zaskoczeniem, jeśli nie rozczarowaniem. Utwory takie jak „Żebra żubra”, „Cicha kuna” oparte są o mroczne brzmienia syntezatora, gdzie melodia trąbki stanowi onomatopeiczny, drugi plan. Jest to ciekawy eksperyment, gdzie powtarzające się schematy perkusyjne akompaniują jednej, wpadającej w ucho melodii („Taniec wiewióra”). Instrumentaliści nie szukają wspólnego języka, muzyka sprawia wrażenie skonstruowanej z kolejnych segmentów, przez co moim zdaniem nawiązuje do stylistyki hip-hopowej, a tytuł albumu stanowi „puszczenie oczka” w kierunku słuchacza. W tym kontekście duże wrażenie zrobiła na mnie liryczna interpretacja melodii na kontrabasie w utworze „Homo naledi”.

Dla mnie osobiście album „Jazz” to bardzo ciekawy przypadek, ponieważ jest przykładem starań artystów, by muzyka stała się medium przedstawiającym wartość samą w sobie i niezależną od wielkich wytwórni, czyli w praktyce od gustu większości. Moim zdaniem jest także przykładem tego, że nieograniczona wolność twórcy, który działa samodzielnie na każdym etapie produkcji, może zaowocować eksperymentalnym produktem, który oddziałuje na słuchaczy i ukazuje jego prawdziwe walory w małym stopniu.

Maciej Fortuna Trio, Jazz, Fortuna Records 2016.

Duch Allena wciąż obecny (Lizard Wizard King Gizzard & The Lizard Wizard, “Nonagon Infinity”, ATO Records)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 3/2016) 
Pierwsza australijska grupa, której nową płytę mam przyjemność recenzować w „Projektorze”. Jedna z tych grup, która wymyka się klasyfikacjom i szufladkowaniu. Czyni tak od pięciu lat.

W ciągu tego czasu wydała między innymi płyty: akustyczną „Paper Mâché Dream Balloon”, jazz rockową „Quarters” i neo-psychodeliczną „I'm in Your Mind Fuzz”. Najnowsza produkcja Australijczyków jest najbardziej jednorodną propozycją. Nawiązuje do „albumów koncepcyjnych” grup znanych z lat siedemdziesiątych, ale również do współczesnych „dziwnych” kapel w rodzaju The Flaming Lips czy Thee of Sees.

Jeśli ktoś lubi wspomniane formacje ze względu na ich niestandardowość, to powinien natychmiast włączyć “Nonagon Infinity”. Sami muzycy mówią, że jest to pierwsza na świecie płyta nagrana na zasadzie nieskończonej pętli (infinite loop).

Dla mnie w tej muzyce bardzo ważna jest jedna rzecz, nieoczywista dla innych recenzentów, co zauważyłem, błądząc po Internecie. King Lizard & The Lizard Wizard są kontynuatorami spuścizny artystycznej innego Australijczyka, Daevida Allena, lidera Gong. Wiele ten fakt tłumaczy. Bo Gong, to jedna z najważniejszych grup w historii nowoczesnego rockowego i jazz rockowego grania.

Duch Allena jest na płycie obecny i między innymi, dlatego “Nonagon Infinity”, jest jednym z najlepszych albumów rockowych, jakie słyszałem w tym roku. Kto wie, czy nie najlepszym? Wciągającym, świetnie zagranym, z pomysłami, które nie trącą kopiowaniem, tego, co było grane sto tysięcy razy, w ubiegłym stuleciu. I na swój sposób dowcipnym.

Popis wyobraźni, niestandardowego myślenia. A po ostatnim numerze „Road Train” chce się natychmiast włączyć album od początku. Ta kapitalna płyta to rzeczywiście rodzaj „nieskończonej pętli”. Dajcie się wkręcić w tę pętlę. I słuchajcie głośno. Koniecznie.

Lizard Wizard King Gizzard & The Lizard Wizard, “Nonagon Infinity”, ATO Records, 2016.