czwartek, 24 listopada 2016

Koreańska niespodzianka (Jambinai, „A Hermitage”)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 5/2016)

Mieli grać w namiocie na scenie eksperymentalnej na tegorocznym OFF Festivalu. Na skutek zbiegu przedziwnych okoliczności, zmian, niekoniecznie dobrych, z jakimi mieliśmy na katowickim offie do czynienia, zagrali na dużej scenie w „prime time”. I to była największa niespodzianka festiwalu.

Wydarzenie, które pozostało w mojej pamięci. Koncert udał się muzykom pod każdym względem. Publiczność słuchała tej dziwnej mieszanki tradycyjnej koreańskiej muzyki i ciężkich metalowych riffów bez znudzenia. Występ był świetny. W jednym z wywiadów lider grupy, wokalista, gitarzysta, grający także na tradycyjnych instrumentach dętych Lee Il-woo mówił, że często mieli kłopoty z ustawieniem zbilansowania dźwięku. I dlatego jeżdżą w trasy ze swoim dźwiękowcem. Słuchając tej muzyki na żywo trudno się temu dziwić. Zmiany dynamiki i natężenia obecne w tej muzyce są trudne do ogarnięcia.

To brzmi, wciąga. Jest egzotyczne i znajome jednocześnie. Panie grające na tradycyjnych koreańskich instrumentach to wirtuozki. Perkusista robi swoje. Jest moc, potęga i klimat. Jest refleksja i liryzm rodem z Dalekiego Wschodu. I metalowe, diaboliczne szaleństwo. Podobnie jest na ich ostatniej płycie „A Hermitage”.

O czym śpiewają? Podobno o zagrożeniach dla ludzkości, miłości i nienawiści. Robią to jednak w swoim, niepowtarzalnym stylu. I to jest dobre. Wciąga. A na koncert chętnie podszedłbym jeszcze raz. I zobaczył szczęśliwych po udanym występie muzyków z dalekiej Korei.
Jambinai, „A Hermitage”, Bella Union, 2016