czwartek, 24 listopada 2016

„Smuga cienia” Anji Orthodox (Closterkeller "Violette")

Paweł Chmielewski

("Projektor" - 5/2016)

Postać odwrócona, postać samotna, wilgoć, woda, purpurowy fiolet nieba, postać zagubiona, postać eteryczna – scenografia romantycznego malarstwa, malarstwa chłodnej Północy. Niemieckich krajobrazów Caspara Davida Friedricha, angielskich – zapatrzonych w średniowiecze – prerafaelitów, chłodnych i drapieżnych symbolistów schyłkowego modernizmu. Scenografia dla jednego z bardziej enigmatycznych tekstów polskiej muzyki rockowej – „Violette” zespołu Closterkeller.

Przyjęta przez Anję Orthodox – liderkę zespołu – konwencja gotycyzmu kieruje nas ku willi Diodati nad Jeziorem Genewskim, pewnego ponurego lata 1816 roku, gdzie powstaje pomysł „Frankensteina” Mary Shelley, metafizycznym wersom jej męża Percy’ego, poematom Byrona, ku demonicznej liryce Lermontowa, opowiadaniom Edgara Allana Poego. To – nie zapominajmy jednak – konwencja, jak konstruktywizm i dzieła Rodczenki w „Die Mensch-Machine” grupy Kraftwerk czy kabaretowy pseudo-faszyzm zespołu Laibach. Konwencja, która jest – to oczywiste – esencją wrażliwości i filozofii wokalistki Closterkeller. Sprowadzenie „Violette” do poziomu czysto tekstowego i zamrożenie w naskórkowo rozumianym gotycyzmie byłoby odczytaniem powierzchownym.

Ekwiwalentem dla słów, spajającej je muzyki jest w tym przypadku obraz i symbol. Usytuowanie narratorki – Gdy klęczę pośrodku strumienia – w przestrzeni „Fioletu”, a zarazem przestrzeni kulturowej, odsyła nas do rytuału przejścia (na którym zbudowana jest tkanka utworu), do sytuacji granicznej, mentalnego przekroczenia linii młodość-dojrzałość. Pędu życia ku śmierci, od intymnego związku ku samotności, do tej granicznej chwili, gdy następuje – posługując się językiem Nietzschego – „przewartościowanie wszelkich wartości”.

Ta samotność klęczącej wśród strumienia, to nic innego jak również rytuał samopoznania – W życia wędrówce, na połowie czasu,/ Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,/ W głębi ciemnego znalazłem się lasu. (Dante Alighieri „Boska Komedia”, I). Conradowska „smuga cienia”.

Wyobrażoną paletę „Violette” tworzą trzy barwy – czerń, biel i tytułowy fiolet. Rozszyfrujmy ostatni z nich. Jego symbolika tradycyjnie łączy się z pierwiastkiem żeńskim, skruchą, w ikonologii chrześcijańskiej z cierpieniem. Szata Chrystusa w przedstawieniach pasyjnych miała barwę fioletu, oprawca na freskach Giotta i ukryty za filarem pokutnik z Sykstyny Michała Anioła są odziani w fiolet. Na ten trop kieruje nas liderka Closterkeller budując porównanie fiolet – zimny kolor mojej krwi. Barwa odsyła nas również do ulubionej „gwiazdy” romantyków – Księżyca. W tej księżycowej poświacie art gotyku jest woda, jest biel i czerń, krew, jest oczyszczenie. Ten powtórny chrzest, metamorfoza, rozgrywa się jednakże w barwach samotności, fiolet literacki nie oznacza bowiem tylko pokory i skruchy. Jest samotnością jak u Aragona (Wszystkie rozgoryczenia/ Fioletowe piętna bezsenności) lub zwiastunem zagłady Borowskiego (trupi nieba fiolet).

Fiolet (obok lub wraz z mieszaniną błękitu) był najcenniejszym i paradoksalnie najbardziej „podejrzanym” kolorem w palecie średniowiecznych mistrzów. Powstawał bowiem – jak podają badacze pigmentu van Eycków – z azurytu i laki, lecz z dodatkiem lapis-lazuri. Tak kamień piekielny rodził barwy raju i męki świętych. Panteistyczny – znów doceniony dopiero przez późnych romantyków, a skreślony chociażby przez Schopenhauera i skromne, samotne fioletowo-białe (lub trupio-sine) malarstwo Puvisa de Chavannesa – obraz wykreślony przez Orthodox rozrzuca w wielu kierunkach (jak kręgi na wodzie), ewangeliczne i ezoteryczne tropy – kamień przeistacza się w chleb. Fraza: Na każdym płatku jeden grzech/ Czarnych kwiatów/ na podobieństwo symbolicznych, martwych natur holenderskich mistrzów przywołuje rosę na martwych kwiatach – znak nieuchronnej śmierci.

Fascynująca pozostaje w „Violette” symbolika lustra – ukryta w metaforycznym obrazie (Omywana zimną wodą jak szkło/ Ja gładsza co dzień, czyściejsza co noc), bezpośrednia (Białe kwiaty w lustrach odbijają) czy skojarzona z kulturowym toposem kryształu. Ponownie stajemy wobec literacko-obrazowej opozycji kreślonej przez autorkę – bieli i czerni, czystości i grzechu. Nie inaczej przecież, lecz po kryształowych (lustrzanych) schodach, wśród kwiatów, wstępują zbawieni do raju w alegorycznym „Sądzie ostatecznym” Hansa Memlinga. Bo lustro jest sprawdzianem, źródłem samopoznania, ale też bramą do pozazmysłowego świata.

Pragnienie fioletu (jest) tu marzeniem o powrocie do wieku niewinności. Bo czyż nie fiołki zwiędły szalonej Ofelii?