niedziela, 24 lipca 2016

Bez tabu (Chick Corea, „Trilogy”, Concord Jazz)

Łukasz Rakalski
("Projektor" - 2/2015)
Nierzadko zdarza się, że raz wydany album może otrzymać „drugie życie”. Tak się stało w przypadku „Trilogy”. Wydany w 2013 r. w Japonii, po roku doczekał się reedycji w USA. W tym przypadku można mówić jednak o sukcesie potrójnym, ponieważ miesiąc temu Chick Corea otrzymał za niego dwie nagrody Grammy: Najlepszy Album Jazzowy Roku oraz Najlepszy Solista Jazzowy Roku.
W zestawie otrzymujemy tym razem aż trzy krążki, na których czeka do przesłuchania prawie dwie i pół godziny muzyki. Nowe kompozycje, takie jak „Homage”, czy „Fingerprints”, stanowią zdecydowaną mniejszość. Odnajdziemy tu największe hity twórczości Chicka, np. „Spain”, „Armando’s Rhumba” oraz kilka szlagierów wśród standardów jazzowych, takich jak „My Foolish Heart”, „Alice in Wonderland”, czy „Blue Monk”.
Ciekawostką jest dołączony na drugim dysku „Op. 11, No. 9” Aleksandra Skriabina, w aranżacji Chicka Corei oraz półgodzinna sonata „The Moon” na dysku trzecim. Wszystkie utwory zostały zarejestrowane podczas dwóch tras koncertowych, odbywających się w Stanach Zjednoczonych, Europie i na Dalekim Wschodzie, począwszy od 2009 r., kiedy Chick sformował trio razem z Christianem McBridem na kontrabasie i Brianem Bladem na perkusji. Warto wspomnieć w tym momencie o Bernie Kirschu – wieloletnim współpracownikiem Corei, który nie tylko sprawił, że ten niezwykły kolaż utworów z całego świata zabrzmiał bardzo spójnie, lecz także nadał fortepianowi bardzo wyraziste, klarowne brzmienie, przykuwające uwagę już od pierwszego dźwięku. W niektórych utworach gościnnie wystąpili Jorge Pardo na flecie oraz Nino Josele na gitarze akustycznej. Ich obecność wnosi ciekawy kolor do rozbudowanej aranżacji „Spain”.
Można z całą pewnością stwierdzić, że szukanie nowego brzmienia tria jazzowego lub nowych współbrzmień ma mało wspólnego z muzyką tu zaprezentowaną. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany. Dźwięki wydobywające się z instrumentów w zdecydowanym stopniu nawiązują do tradycji muzyki hard bopowej. Najbardziej atrakcyjna wydała mi się błyskotliwa melodia solówek fortepianu oraz wyczuwalny, stały kontakt między muzykami. Co ciekawe, nawet bardzo intensywna wymiana muzycznych zdań nie eliminuje poczucia przestrzeni, w której muzyka ma szansę wybrzmieć. Dzięki temu mimo, iż pozostaje w ścisłym związku z tradycją, brzmi ona dość świeżo.
Po przesłuchaniu „Trilogy” nie można powstrzymać się od pytania, czy nie ma stanowić swoistego kompendium twórczości i stylu gry Corei. Myślę, że przesadą byłoby stwierdzenie, że podsumowuje jego twórczość. Znaleźć na nim można jednak najbardziej rozpoznawalne kompozycje jednego z najlepszych pianistów w historii oraz zdecydowanie podkreśla jego korzenie w muzyce latynoskiej i klasycznej. Poleciłbym go każdemu, kto nie miał jeszcze okazji zapoznać się z jego twórczością. Na pewno stanowi smaczny kąsek dla wielbicieli jego dźwięków.
Chick Corea, „Trilogy”, Concord Jazz, 2014.