wtorek, 26 lipca 2016

Tylko Bruce na saksofonie nie gra (Bloodiest, „Bloodiest”, Relapse Records)

Mirosław Krzysztofek
("Projektor" - 3/2016)
Czas na ciężką i mroczną płytę Bloodiest. To kolejna metalowa „supergrupa” stworzona z muzyków zespołów Sterling, Russian Circles i Yakuza.

Nazywanie muzyki zawartej na najnowszym albumie „metalem” jest trochę chybione. Dźwięki, które docierają do nas po włączeniu albumu, przywodzą na myśl dział Swans, czy Neurosis.

Śpiew Bruce’a Lamonta brzmi podobnie, jak w Yakuzie, ale dochodzi do tego rodzaj ekspresji, jaki znamy z The Birthday Party (Nick Cave), czy The Jesus Lizard (David Yow). Mocno eksperymentalna, grana „na dolnych rejestrach” muzyka poraża swoją głębią, wyzbytą ze zbędnego patosu. Jest to post-metalowy eksperyment, który zawdzięcza dużo producentowi płyty, członkowi grupy Minsk Stanfordowi Parkerowi.

W tej kapeli Bruce Lamont i Stanford Parker się spotkali, nagrywając, między innymi, parę utworów kultowej kapeli Hawkwind. Jedyne zastrzeżenie z mojej strony do najnowszej produkcji Bloodiest jest takie, że Bruce, oprócz śpiewania mógłby pograć trochę na saksofonie, jak to czyni, z powodzeniem, w macierzystej formacji Yakuza. Nie wiem też, czy jest teraz dobry klimat na tak mroczne dźwięki. Czasy nie są za wesołe, a tu jeszcze taka gigantyczna dawka dołujących gitar, potężnej perkusji, dusznego, paranoicznego klimatu i zakręconych aranżacji.

I jak to jest zagrane! Polecam tę płytę gorąco. Jeśli nie lubicie ćwierkających ptaszków, kobiet z broszkami, serialowych „Ukrytych prawd”, płatków śniadaniowych i rocznicowych masówek, to jest płyta dla Was. A jeśli takiej muzyki nie słuchacie, to może jest już czas na dobrą zmianę?
Bloodiest, „Bloodiest”, Relapse Records, 2016.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz